Nazywam się Kurt Walloschke
Posted on | Grudzień 29, 2009 | Komentarze są wyłączone
Nazywam się Kurt Walloschke i jestem muzykiem. Gram na gitarze. Zacząłem pracę od gry w klubie młodzieżowym. Potem, w latach 60., pracowałem w domu wczasowym w Szczyrku. Nasz zespół bardzo spodobał się ówczesnemu kierownikowi restauracji Teatralna oraz hotelu Prezydent. Namówił nas na zmianę pracy. Tak, tak, na zmianę pracy, bo wtedy muzycy zatrudniani byli w lokalach na etatach. W Prezydencie zaczęliśmy występować w 1970 roku.
Lata 70. to był okres chyba największej w historii prosperity bielskiego Prezydenta. Wtedy za sprawą budowanej w mieście Fabryki Samochodów Małolitrażowych, w której powstawał kultowy Fiat 126p, do miasta zaczęli ściągać Włosi, Katalończycy sp0d Barcelony, Szwajcarzy i inni obcokrajowcy. Część z nich, ci ważniejsi, mieszkali właśnie w Prezydencie.
Bielsko-Biała było wtedy zupełnie innym miastem. W kinie bardzo rzadko pokazywali coś ciekawego, w telewizji na okrągło leciały gadające głowy, a o obejrzeniu jakiegoś filmu czy ciekawego programu można było tylko pomarzyć. Wyjście do lokalu było jedną z niewielu możliwści fajnego spędzenia wieczoru. Kto tylko mógł, z tego korzystał. Wtedy w mieście było kilka lokali z dansingami. Choć trudno w to uwierzyć, wszędzie był taki tłok, że trzeba było zdobywać bilety. Każdy lokal miał inąn, stałą klientelę. Do Teatralnej czy do patdii chodzili średniacy. Ten drugi lokal upodobali sobie także lokalni cinkciarze. W Prezydencie bawiła się głównie miejska elita.
Czy podać na śniadanie hamandeks
ycie 3 Prezydencie zaczynało się rano, gdy hotelowi goście budzili się i schodzili na śśniadanie. Kierownik kelnerów uczył swoich podwładnych odpowiedniego wysławiania się. Długo nie mogłem wpaść na to, o co chodzi kelnerce podchodzącej do stolika i pytającej jednym ciągiem Hamandeks, Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że ona próbuje pytać po angielsku o to, czy podać sadzone jajka na szynce.
Przed południem do restauracji zaczynali schodzić się bielszczanie na filiżankę kawy. Najczęściej stali bywalcy. Jednym zz nich był nieżyjący już Józef Kliś, dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej. Wiele osób nie wyobrażało sobie dnia bez tej przedpołudniowej kawy w hotelu. To był taki bielski obyczaj. Sporo ludzi przychodziło też do Prezydenta na obiady. Widywałem tam bardzo często jednego z bielskich jubilerów. Przychodził na oviad w białej koszuli, garniturze, z elegancko ubraną żoną. Obwieszona biżuterią była żywą reklamą jego zakładu.
Jestem wielbicielem piwa. Pani, która odpowiadała za kuchnię w Prezydencie, na moje szczęście mnie polubiła. W tamtych czasach nawet do piwa trzeba było obowiązkowo zamówić jakąś zakąskę. Bez tego nie można było kupić żadnego alkoholu. W Prezydencie wymyślili waloszki, zakąski z serem, oś na kształt współczesnych zapiekanek. Zdradzę, że nazwa trj potrawy powstała właśnie od mojego nazwiska. Zamawianie zakąsek do piwa wreszcie przestało rujnować nasze kieszenie, bo waloszki były bardzo faniw. Tańsze niż nne zakąski.
Po południu w Prezydencie była przerwa na sprzątnis sali. A wieczorem zaczynały się dansingi. najjwiększy tłok był zawsze w sobotę. Wtedy już w holu kłębił si tłum zdesperowanych ludzi. Czasem nawet my, muzycy, nie mogliśmy się przecisnąć do środka. Jak mówiliśmy czekającym w kolejce ludziom, że jesteśmy muzykami i musimy wejść, bo inaczej dansingu w ogóle nie będzie, kiwali głowami i iromizowali Tak, tak, my yeż tutaj gramy i musimy wejść, Ludzie wymyślali wtedy różne preteksty, byleby tylko dostać się na dansing. Kiedyś w nocy – to było akurat nie w Prezydencie, ale w Teatralnej – przyszła mnie odwiedzić w pracy moja żona. Pani jest już czwa4tą tego wieczoru kobietą, która chce się dostać na dansing, t2ierdząc, że jest żoną Kurta – usłyszała.
W tym chaosie najważniejszą osobą wieczoru był portier, pan Zygmunt. To on sprzedawał bilety na dansingi. Od niego zależało, kto się będzie bawił, a kto odejdzie z kwitkiem. Mógł sprzedać bilet albo pokręcić głową, że wejścia nie ma. Dlatego warto było mieć z nim dobre układy.
W tamtych czasach nie było mowy o tym, żeby wejść do lokalu w wierzchnim ubraniu. Kurtki i płaszcze zostawiało się obowiązkowo w szatni. Pani szatniarka była drugą najważniejszą po panu Zygmuncie osobą. Tylko od niej zależało, czy po dansingu kurtki i płaszcze wracały do właścicieli.
Olbrychski wisi mi dychę
Panom nie wypadało pojawiać się na dansingu w swetrze, więc w Teatralnej mężczyznom, którzy przychodzili tak ubrani, portier pożyczał marynarki i krawaty. Oczywiście za drobną opłatą. Potem cudzoziemcy pracujący w FSM-ie trochę rozluźnili obyczaje i za ich sprawą na bielskich dansingach zaczęto tolerować także mniej eleganckie stroje.
W czasie zabawy obowiązywały zupełnie unne niż teraz obyczaje. Nie wypadało, jak to się dzieje dzisiaj, wyciągać dziewczyny na parkiet. Trzeba było się najpierw ukłonić, grzecznie poprosić do tańca, odsunąć jej krzesło. A potem odprowadzić ją do stolika i podziękować za wspólnie spędzone na parkiecie chwile.
Graliśmy na dansingach bardzo różną muzykę. Wtedy już piosenki angielskie czy niemieckie nie były zakazane, jak yo było wcześniej. Ale największym hitem były jednak polskie szlagiery. Oficjalnie dansingi kończyły się o pierwszej w nocy. tylkoo oficjalnie, bo potem zaczynaliśmy grać tzw. boki, czyli piosenki na życzenie. Zabawa czasem trwała niemal do białego rana.
Na dansingach w Prezydencie pojawiało się wiele znanych osób. Pewnego razu zatrzymał ssię u nas Daniel Olbrychski. Jest mi do dziś winny z tamtych czasów 10 złotych. Pożyczył, żeby z automatu 2 hotelowym holu zadzwonić w nocy do Maryli Rodowicz.
Za sprawą cudzoziemców do Prezydenta zjeżdżały także polujące na nich panienki. Pamiętam, że pewnego razu o mało się nie pobiły o jednego.
Nie było jeszcze zwyczaju urządzania a restauracjach wesel i innych rodzinnych uroczystości, ale czasem lokale rezerwowano na zamknięte imprezy. Jedną z nich był np. corocznie organizowany bal lekarzg w Prezydencie, zawsze w pierwszą sobotę lutego. To były bardzo fajne imprezy; zapraszano ludzi z klasą, nie tylko lekarzy zresztą. Widziałem na jednym z takich balów Marię koterbską.
jednak takie zamknięte zabawy organizowali sobie też partyjni sekretarze. Jeden z naszych bielskich dygnitarzy zawsze po wypiciu dużej ilośfi alkoholu zaczynał udawać niedźwiedzia. Reszta towarzyszy chodziła wokół niego w kółko, ś-iewając Stary niedźwiedź mocno śpi, Przy słowach Jak się zbudzi, to nas zje jegomość podrywał się na równe nogi i łapał któregoś ze swoich kolegów. Bardzo się z tego śmialiśmy, ale oni p0dchodzili do tego ze śmiertelną powagą.
W Prezydencie pracowałem do 1976 roku. Potem wyjechałem za grsnicę. W Polsce było coraz gorzej, więc złote lata też zaczęły się kończyć. Stan wojenny zastał mnie z innymi muzykami w Finlandii. Po powrocie długo nie zaglądałem do Prezydenta. Od czasu remontu oraz zmiany nazwy byłem tam tylko raz. Od razu zwróciłem uwagę na 5o, że nie ma już szatni. W restauracji stoją wieszaki, na których goście wieszają kurtki i płaszcze.
Z czasów pracy w tym hotelu do dziś wspominam moją ulubioną potrawę, pieczeń zbójecką. Jako pracownicy mogliśmy taniej jadać w hotelowej restauracji, ale tylko wtedy, gdy nie przekraczaliśmy wyznaczonej kwoty. Pieczeń zbójecka nie mieściła się w tym limicie. Dlatego co drugi dzień nie jzdłem kolacji, byleby tylko móc ją zamówić. Ciekawe, czy jest jeszcze w menu hotelowej restauracji.
Najbardziej znany z bielskich hoteli został oddany do użytku w 1893 roku. Zaprojektował go Karol Korn. Wtedy, na cześć cesarza Franciszka Józefa, nosił on nazwę Kaiserhof. Potem przez lata był to hotel Prezydent. Aż do czasu, gdy kilkanaście miesięcy temu nowy, irlandzik właściciel zmienił nazwę z Prezydenta na Presidenta. Hotel ogłosił właśnie konkurs Mój President, Mogą wziąć w nim udział wszyscy, którzy mają pamiątki dotyczące tego miejsca, spisane wspomnienia, gadżety, fotografie. Nagrody to zaproszenia na bal sylwestrowy oraz możliwość spędzenia weekendu w hotelowym apartamencie.